Jak ChatGPT zarzyna twórczość Studia GHIBLI
Nic nie jest w obrębie kina tak czasochłonne jak klasyczne filmy animowane – rysunkowe czy poklatkowe. Obie formy wymagają fizycznego kontaktu artysty z materią, bez różnicy, czy jest to plastelina, drewniana lalka, czy pusta kartka czekająca na pierwsze pociągnięcie ołówka. Zapytajcie Nicka Parka, ile czasu zajęła mu realizacja najnowszego filmu o przygodach Wallace’a i Gromita […]

Nic nie jest w obrębie kina tak czasochłonne jak klasyczne filmy animowane – rysunkowe czy poklatkowe. Obie formy wymagają fizycznego kontaktu artysty z materią, bez różnicy, czy jest to plastelina, drewniana lalka, czy pusta kartka czekająca na pierwsze pociągnięcie ołówka. Zapytajcie Nicka Parka, ile czasu zajęła mu realizacja najnowszego filmu o przygodach Wallace’a i Gromita (6 lat). Zapytajcie Hayao Miyazakiego, jak długo pracował nad Chłopcem i czaplą (7 lat) albo jakąkolwiek inną animacją sygnowaną logiem Studia Ghibli. Cierpliwość i metodyczność, uwaga poświęcona każdej klatce filmu: oto kwintesencja tego rodzaju kina. Jeżeli chce się osiągnąć zbliżone efekty artystyczne, to nie ma zmiłuj: trzeba zakasać rękawy i porządnie się przyłożyć – albo poprosić o wygenerowanie odpowiedniego obrazka najnowszą wersję ChatuGPT.
Z takiej możliwości skorzystało w przeciągu ostatnich kilku dni tysiące ludzi. Internet zalała fala przeróbek, bardzo wiernie imitujących charakterystyczny styl Studia Ghibli. Przerabiano wszystko, jak leci: memy, zdjęcia, ulubione kadry filmowe. Bez oporów, bez skrupułów. Otwarcie zachęcał do tego zresztą Sam Altman, prezes OpenAI (firmy-matki ChatuGPT), zmieniając profilowe na platformie X na zdjęcie „w stylu” Ghibli. Po krótkim momencie zbiorowej ekstazy nadeszła jednak dość gorzka refleksja zainicjowana przez garstkę sceptycznych malkontentów: czy aby na pewno nikt na tym całym Ghibli-szaleństwie nie traci?
Odpowiedź nasuwa się sama: tracą, jak zwykle, artyści. Ludzie, których ciężka praca została wykorzystana do stworzenia tych uroczych, choć przecież bezdusznych obrazków. Pewnie większość z was doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak funkcjonuje generowanie grafik przez ChatGPT, ale warto przypomnieć raz jeszcze: sztuczna inteligencja niczego nie tworzy od zera. Zasysa z gigantycznej bazy danych obrazki, kadry filmowe i inne nośniki wizualne, które w większości przypadków znalazły się tam bez wiedzy artystów, a następnie wypluwa z siebie gotowy produkt, mniej lub bardziej zgodny z naszymi oczekiwaniami. Gdyby baza składała się wyłącznie z wizualiów, których autorzy wyrazili na to zgodę, problem by nie istniał, albo inaczej – istniałby, ale miałby zupełnie inny charakter i zasadzał się wyłącznie wokół pytania o wartość „sztuki” tworzonej przez AI. „Sztuki”, którą Hayao Miyazaki – nie bójmy się tego słowa – otwarcie pogardza.
W kwestii sztucznej inteligencji Japończyk nie gryzie się w język. Kiedy w 2016 roku zaprezentowano mu fragment animacji w całości wygenerowany przez sztuczną inteligencję, Miyazaki nazwał go „zniewagą dla samego życia” (ang. insult to life itself). Nietrudno wyobrazić sobie więc, co myśli na temat grafik naśladujących twórczość jego i jego kolegów. Unikalny, wypracowany latami styl sprowadzony został właśnie do kilku linijek algorytmu utuczonego na bezprawnym korzystaniu z prac rysowników Studia Ghibli.
Mimo wszystko łatwo sprawę zbanalizować, tak jak zrobił to chociażby Michał Oleszczyk, pisząc w wyjątkowo nieprzemyślanym poście, że to jedynie przelotny trend; że koniec końców Ghibli wyjdzie na tym dobrze, bo ktoś zapozna się przy okazji z twórczością studia, „być może spotykając się z Totoro po raz pierwszy”. A tak w ogóle, to nie ma się co czepiać, bo przecież „cała piaskownica jest problematyczna, a nie tylko ten jeden resorak”. O, słodka naiwności! Ostatnią rzeczą, jakiej Ghibli potrzebuje, jest darmowa reklama oparta na kradzieży własności intelektualnej. Zwłaszcza że w kodeks moralny studia wpisana jest głęboka nieufność względem technologii przekładająca się na ograniczenie jej wykorzystywania do absolutnego minimum. Wyłączając katastrofalny eksperyment w postaci Skorka i czarownicy Miyazakiego Juniora, wszystkie kadry w filmach Ghibli rysowane są ręcznie, a dopiero później poddawane komputerowej obróbce. Generowanie obrazków na ich modłę jest – czy tego chcemy, czy nie – zaprzeczeniem wszystkich wartości reprezentowanych przez studio i jego pracowników.
Słuszne jest więc oburzenie manifestowane przez fanów Ghibli na całym świecie. Ten jeden resorak – jak nazwał całe zamieszanie Oleszczyk – obnażył poza tym szerszy problem związany z etycznością korzystania z usług sztucznej inteligencji. Problem szarej strefy, w której funkcjonują obecnie tego typu programy, jeżeli chodzi o kwestie dotyczące praw autorskich czy ekologii (dla przypomnienia: wygenerowanie jednego obrazka kosztuje około kilkudziesięciu mililitrów wody używanej do schładzania serwerów). Wszyscy zainteresowani na tych nieuregulowanych sprawach zyskują – wszyscy poza dogorywającą planetą oraz autorami oryginalnych grafik czy artykułów. Zamiast zżymać się na wybiórczość internautów, lepiej docenić fakt, iż świadomość społeczna delikatnie wzrosła, a następnie zabrać głos w dyskusji, której rezultat może zadecydować o kierunku, w jakim będzie rozwijać się sztuczna inteligencja. Sprzątanie piaskownicy zawsze rozpoczyna się przecież od podniesienia tego pierwszego resoraka.
I na koniec jeszcze jedna rzecz, trochę na marginesie całej sprawy. Od wieków historycy, filozofowie i inni ludzie nauki spierają się na temat roli, jaką wynalazki odgrywają w życiu człowieka. Jak pisze Nicholas Carr w książce Płytki umysł, analizującej wpływ internetu na rozwój ludzkiego mózgu, dyskutantów podzielić można z grubsza na dwa obozy: instrumentalistów i deterministów technologicznych. Zainteresowania tych pierwszych ogniskują się wokół pytania „co człowiek może zrobić z technologią?”. Widzą oni w kolejnych nowinkach technologicznych, takich jak internet czy sztuczna inteligencja, narzędzia służące osiąganiu naszych celów – całkowicie podległe woli swych użytkowników. Jak zauważa Carr: „Instrumentalizm stanowi najpowszechniejszy sposób myślenia o technologii – zwłaszcza że jest to pogląd, co do którego wolelibyśmy, aby okazał się prawdziwy”.
Osobiście za dużo ciekawsze uważam jednak podejście deterministyczne. W tej wizji pytanie zostaje odwrócone – nie pytamy już dłużej o to, co możemy zrobić z technologią, ale o to, co technologia może zrobić z nami. Jak konkretne wynalazki wpływają na nasze procesy poznawcze, naszą kreatywność czy inteligencję? Jakie są długofalowe koszta wynikające z ich użytkowania? Warto się nad tym zastanowić, kiedy następnym razem postanowimy zapytać ChatGPT o jakąś niewinną pierdołę albo poprosić o to, aby zapewnił nam złudzenie obcowania ze sztuką naszych ulubionych artystów. Bo kto wie, być może rację ma Miyazaki, mówiąc po feralnym spotkaniu z AI, że „zbliżamy się do końca naszych czasów. Ludzkość utraciła wiarę w samą siebie”.