SCREAMBOAT. KRWAWA MYSZ. Mysi rozpruwacz [RECENZJA]

Zacznijmy od szybkiej podróży w przeszłość. Trzy lata temu świat obiegła szokująca informacja o realizacji slashera Puchatek: Krew i miód, którego reżyser Rhys Frake-Waterfield wykorzystał fakt, że stworzone przez A.A. Milne’a postaci trafiły właśnie do domeny publicznej. Potem poszło już z górki – kasowy sukces filmu, sequel zrealizowany za pięciokrotnie większe pieniądze i plany kolejnego […]

Apr 5, 2025 - 08:32
 0
SCREAMBOAT. KRWAWA MYSZ. Mysi rozpruwacz [RECENZJA]

Zacznijmy od szybkiej podróży w przeszłość. Trzy lata temu świat obiegła szokująca informacja o realizacji slashera Puchatek: Krew i miód, którego reżyser Rhys Frake-Waterfield wykorzystał fakt, że stworzone przez A.A. Milne’a postaci trafiły właśnie do domeny publicznej. Potem poszło już z górki – kasowy sukces filmu, sequel zrealizowany za pięciokrotnie większe pieniądze i plany kolejnego ekranowego uniwersum, opartego na horrorowym przepisywaniu następnych klasyków dziecięcej literatury. Chociaż Screamboat. Krwawa mysz – slasherowa adaptacja bodaj najsłynniejszej animacji o Myszce Miki, czyli Steamboat Willie (1928) – nie jest częścią zainicjowanego przez Frake-Waterfielda cyklu, to film Stevena LaMorte’a jest ewidentną próbą zdyskontowania sukcesu krwawych przygód Puchatka. Dowód w sprawie – produkcja filmu została ogłoszona zaledwie jeden dzień po tym, jak disneyowski oryginał trafił do domeny publicznej.

Screamboat równie dużo zawdzięcza jednak innemu fenomenowi kina grozy ostatnich lat, czyli serii Terrifier. Nie chodzi tylko o to, że w roli krwiożerczej Myszki wystąpił David Howard Thornton, czyli sam klaun Art (pojawił się on już zresztą we wcześniejszym filmie LaMorte’a – slasherowej parodii Grincha, The Mean One z 2022). Z cyklu Damiena Leone zaczerpnięty został przede wszystkim specyficzny sposób ukazywania kolejnych aktów przemocy – epatujących tanim (choć pomysłowym) gore, a jednocześnie przesiąkniętych czarnym jak smoła humorem. Również sadystyczny Willie przypomina trochę kolejną inkarnację klauna Arta – to już jednak efekt nie tylko świadomej twórczej inspiracji i aktorskiej ekspresji Thorntona, lecz również wierności animowanemu pierwowzorowi.

Trzeba bowiem oddać twórcom sprawiedliwość – w przeciwieństwie do Frake-Waterfielda, przynajmniej podejmują oni JAKĄŚ próbę dialogu z adaptowanym pierwowzorem. Fabuła ma oczywiście czysto pretekstowy charakter (pasażerowie nowojorskiego promu kontra ukryty na pokładzie, psychopatyczny mysi morderca), ale wiadomo przecież, że nie po to przyszliśmy do kina. Cała zabawa ma polegać na oglądaniu ukochanego bohatera z czasów dzieciństwa szlachtującego kolejne bezbronne ofiary – a LaMorte od razu zabiera się do spełniania naszych oczekiwań. Sceny krwawej rzezi przeplatane są zatem nieustannymi odwołaniami do animowanego pierwowzoru (a także innymi disneyowskimi aluzjami, od których czasami aż bolą zęby), a reżyser dodaje to tego jeszcze pretekstowy metakomentarz o nieustannym popkulturowym recyklingu, w którym sam przecież chętnie bierze udział.

Nie można zatem odmówić LaMorte’owi szczerości – problem leży jednak w wykonaniu. Niestety, sam koncept filmu nie udźwignie, potrzebne jest jeszcze choćby podstawowe wyczucie dramaturgii. Tymczasem Screamboat szybko zmienia się w mechaniczne odhaczanie następnych atrakcji. Cała chmara postaci pojawia się w pierwszych scenach tylko po to, aby później zniknąć w tle na pół filmu, kolejne mordy (z nielicznymi wyjątkami) zainscenizowane są bez pomysłu, z kolei kluczowy dla fabuły wątek Seleny (Allison Pittel), która nie potrafi się odnaleźć w bezwzględnych nowojorskich realiach sprawia wrażenie, jakby nie obchodził nawet scenarzystów. Efekt jest dość przygnębiający – jakimś cudem slasher wzorowany na Myszce Miki okazuje się przede wszystkim nieludzko nudny. Nie pomaga też fakt, że nad całością unosi się przykry smród taniości, z której taki Damien Leone uczyniłby zapewne atut. Zdarzają się tu wprawdzie pojedyncze momenty realizatorskich przebłysków (widoczne chociażby w zabawie oświetleniem w finałowych scenach), a David Howard Thornton dalej ma w sobie ten sam psychopatyczny urok, którym emanował w Terrifierze, to jednak nie wystarczy, żeby uratować całość.

Screamboat jest oczywiście lepszym filmem, niż obie części Puchatka, ale powiedzmy sobie szczerze – to nieszczególnie imponujące osiągnięcie. W ostatecznym rozrachunku dzieło Stevena LaMorte’a jest po prostu kolejnym, zrealizowanym na chybcika półproduktem, próbującym zyskać na aktualnej koniunkturze. Wszystko wskazuje na to, że zabawa w slasherowe adaptacje dziecięcej klasyki dopiero się rozkręca – a jeśli dotychczasowy poziom zostanie utrzymany, to raczej nie powinniśmy wróżyć nowemu nurtowi świetlanej przyszłości.